9 wniosków z roku na swoim – wyobrażenia vs rzeczywistość

Zdjęcie przedstawiające różowy tort z dużą czarną jedynką w koronie.

Przyszedł wrzesień, a ja przecieram oczy ze zdumienia. Minął rok od założenia Pomagierki! Dokładnie 8.09.2020 złożyłam wniosek o rejestrację działalności gospodarczej. Z jednej strony myślę, że to kawał czasu, a z drugiej czuję się tylko odrobinę mniej początkująca…

 

Kiedy patrzę wstecz, widzę, że założyłam firmę w bardzo trudnych warunkach. To był czas pandemii, ciągłej niepewności, mierzenia się z nieznanym – globalnie i osobiście. Jednocześnie z pracą nad Pomagierką, pracowałam podczas terapii nad swoją mocno okulałą odpornością psychiczną. Rozprawiałam się z demonami i przekonaniami – syndromem oszusta, perfekcjonizmem, niebotycznymi wymaganiami wobec siebie. Walczyłam z poczuciem bezsensu własnych działań w kontekście tego wszystkiego, co się dzieje na świecie i strachu o przyszłość. Uczyłam się znów przesypiać spokojnie noce i nie bać się wychodzić z domu. Szukałam rutyny, sposobów na radzenie sobie z emocjami, wspierających mnie nawyków i mechanizmów myślenia. Jak to odbiło się na pierwszym roku mojej działalności?

 

1. Działanie jest trudniejsze, niż zakładałam.

Nie brałam pod uwagę tego, że wciąż się zmagam ze swoją kondycją psychiczną i oczekiwałam od siebie pełnej mobilizacji. Myślałam, że fakt, że robię coś swojego i na własnych warunkach będzie mnie bez wysiłku niósł na skrzydłach motywacji. Tymczasem sporą część tego pierwszego roku spędziłam w stanie zawieszenia. No idę tą wymarzoną drogą, ale nie jestem do końca zadowolona ani pewna co dalej. Pojawia się kryzys motywacji, kiedy jadę już długo, bateryjka się wyczerpuje, a stacji ładowania (czyli znaczących sukcesów, poczucia dokonania czegoś) brak. Codziennie towarzyszy mi syndrom oszusta, codziennie zmagam się z presją, którą sama sobie narzucam – że POWINNAM więcej, mocniej, lepiej. Nic dziwnego, że nie działam na pełnych obrotach.

 

2. Popełniam i będę popełniać błędy.

Przygotowywałam się do założenia działalności. Czytałam o pułapkach zaniżania cen i brania wszystkich zleceń jak leci. Uczyłam się o obowiązkach przedsiębiorcy. Rozwijałam umiejętności, które chciałam oferować. Myślałam, że skoro chłonęłam jak gąbka te wszystkie biznesowe treści, to uda mi się uniknąć błędów. Nie będę taka, jak te osoby z negatywnych przykładów, JA to hoho, przygotowałam się! Owszem, przed częścią błędów mnie to uchroniło. Przed innymi zupełnie nie. Popełniłam błędy, popełniam je nadal i pewnie popełnię kolejne. Z trudem uczę się to akceptować. Jednak uczenie się na własnych potknięciach jest skuteczniejsze niż czytanie o błędach innych. O tych, które popełniłam podczas tego pierwszego roku na pewno napiszę osobny artykuł.

 

3. Motywacje do założenia biznesu są różne.

Wkurza mnie ciśnienie na Rozwój Firmy, na osiąganie 6-cyfrowych przychodów, na pracę NAD firmą, a nie tylko W firmie. Nie każdy chce być CEO czy „robić biznes”. Nie każdy ma ambicję zarabiać kokosy i rozwijać JDG w przedsiębiorstwo zatrudniające coraz więcej osób.

Moją motywacją jest WOLNOŚĆ. Bycie niezależną od szefów. Praca na własnych warunkach, w zgodzie ze swoimi potrzebami i z możliwością uszanowania mojej kondycji psychicznej. Możliwość decydowania o tym z kim, kiedy i na jakich warunkach pracuję. Zarabianie WYSTARCZAJĄCO. Jeśli moja działalność mi to daje, to wszystko jest ok. Nie ma sensu porównywać się do kogoś, kto ma inne cele niż ja. Niestety to jest coś, o czym bardzo często zapominam i daję się wciągnąć w pułapkę biznesowych „inspiracji”.

 

4. Muszę zacząć liczyć.

Przedstawię to w formie równania:

Z matematyką zawsze na bakier + skrzywione podejście do pieniędzy + komfortowa sytuacja osobista + syndrom oszusta = nie zarabiam tyle, ile bym chciała.

Nawet się nie zbliżam do takiej kwoty. Z własnych pieniędzy stać mnie na utrzymanie firmy (jeszcze), niekiedy inwestycję w sprzęt czy kurs i… niewiele więcej. Niby mogło być gorzej, ale też nie do końca o to mi chodziło, nawet jeśli zarabianie kokosów nie było moją motywacją do założenia firmy. Dlatego czeka mnie burza mózgu z liczeniem i obmyślaniem strategii usług i podnoszenia stawek.

 

5. Urlop i odpoczynek to niekoniecznie magiczne wyciągnięcie korka ze strumienia kreatywności.

Naczytałam się u różnych inspirujących biznes-guru jak to oderwanie myśli od pracy pozwala odblokować kreatywność i w ogóle genialne pomysły popłyną strumieniem wartkim jak ten górski potok, nad którym odpoczywam. No nie działa to tak. Przynajmniej nie zawsze. A już na pewno nie wtedy, kiedy wyjeżdża się na urlop z taką myślą z tyłu głowy.

W ciągu pierwszego roku Pomagierki byłam na 2 wyjazdach. Pierwszy – tydzień w górach w maju, w momencie dużego kryzysu kreatywnego i motywacyjnego jeśli chodzi o pracę. Liczyłam na odblokowanie zapału i świeże pomysły i… nie wyszło. Ani nie odpoczęłam, ani nic nie odblokowałam. W sierpniu, podczas drugiego tygodniowego wyjazdu w góry, wrzuciłam totalnie na luz i nie myślałam o pracy zupełnie. Pomysły również nie ruszyły jak lawina, ale przynajmniej moja głowa odpoczęła i efektem jest np. ten wpis 🙂

 

6. Myślałam, że nie będę się bać działać.

Boję się. Odkładam różne działania ze strachu, a one urastają w mojej głowie do rozmiarów niebotycznych szklanych gór, co to nie wiadomo z której strony podejść i jak się zaczepić, żeby w ogóle zacząć próbować się wspinać. A jak zacznę działać, to okazuje się, że to była ledwo hałdka piachu, do przeskoczenia jednym susem i to nawet bez rozbiegu. Uczę się, że nawet jeśli coś robię pierwszy raz – daję radę! Pierwszy raz składałam ebooka (dzięki za zaufanie, Marta!), pierwszy raz robiłam platformę kursową na WP Idea (w tym integracje w płatnościami i systemem do fakturowania). Przy obu zadaniach czułam O NIE, to będzie NIEPROFESJONALNE i w ogóle na pewno NIEZGODNE ZE SZTUKĄ! Przy obu klientki były zachwycone efektem końcowym. Gdyby jeszcze to dotarło do mojego wewnętrznego krytyka…

 

7. Szeroki wachlarz i wszechstronność usług to niekoniecznie strzał w dziesiątkę.

Mimo wiedzy, którą chłonęłam z mądrych źródeł, zdecydowałam się na zróżnicowaną ofertę usług na starcie. Wpadłam w pułapkę myślenia, że w ten sposób mam szansę dotrzeć do większej ilości klientów. W jednych czułam się pewnie, w innych nie tak bardzo, jedne chciałam wykonywać, a innych zupełnie nie… Nie szkodzi, dawaj dziewczyno, dawaj, jeśli coś potrafisz, to oferuj! Strony www, copywriting, grafiki, prowadzenie social mediów, a klienta też obsłużę mailowo i w ostateczności ogarnę też sprawy administracyjne, a jeszcze na zapleczu będę się uczyć montażu audio i video na przyszłość. No człowiek-orkiestra normalnie.

Ale nie żałuję. To pozwoliło mi popróbować, przekonać się, co lubię, umiem i chcę oferować – i wybrać specjalizację. Robię strony, składam ebooki i zamierzam rozwijać się zdecydowanie w kierunku grafiki.

 

8. Asertywność jest super

Myślałam, że będzie mi trudniej. Że będę się wahać, bać kogoś urazić czy zrezygnować ze zlecenia, a tymczasem przychodzi mi to zupełnie naturalnie. Słucham mojej intuicji i jeśli czuję, że coś jest nie tak (np. nie odpowiada mi sposób komunikacji lub warunki potencjalnego klienta), to odmawiam. Może to zabrzmi absurdalnie, ale jestem dumna z tych współprac, których nie podjęłam – bo to znaczy, że nauczyłam się dbać o swoje granice i zgodnie z moją motywacją do założenia firmy, stawiam mój dobrostan na priorytetowej pozycji. A na dokładkę taki paradoks: jedna z moich najfajniejszych współprac, która trwa do dziś, zaczęła się od tego, że… odmówiłam!

 

9. Lubię się uczyć?!

Szkoła i studia skrzywiły mi postrzeganie uczenia się. Nie czytałam podręcznika czy artykułu naukowego z ciekawością tematu. Czytałam w nerwach i z presją „muszę wycisnąć wszystkie informacje, bo będzie z tego sprawdzian / kolokwium”. Własna działalność to konieczność rozwoju i uczenia się nowych rzeczy – czy to związanych z daną branżą, czy też z samym prowadzeniem firmy. Mimo że wiąże się to u mnie z dużymi obawami, czy dam radę i z frustracją, jeśli nie jestem od razu w czymś dobra, nowe wyzwania dobrze robią mojej głowie i psychice. To coś, czego w ogóle bym się po sobie nie spodziewała.

 

Czy mimo trudności, presji, zmagania się ze sobą i niesatysfakcjonujących (jeszcze) zarobków jestem zadowolona, że zdecydowałam się na własną działalność?

Tak. Założenie firmy było mi potrzebne. W całym chaosie świata AD 2020 potrzebowałam poczucia sprawczości – pandemia, zmiany klimatyczne, konflikty społeczne w Polsce i na świecie i polscy politycy mi je odebrały. Potrzebowałam też poczucia wolności i decydowania o sobie, które zostały kompletnie zdeptane przez moje doświadczenia na etacie. Owszem, potrzebowałam przez jakiś czas bezpiecznej skorupy bezczynności, ale w końcu zamiast dawać schronienie, stała się duszącym ograniczeniem. W zeszłym roku działanie było najlepszą rzeczą, jaką mogłam zrobić dla mojego samopoczucia i zdrowia psychicznego. Nadal zresztą tak jest – pozostaje mi rozwijać to, co zaczęłam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *